Paryż to bodaj jedyne miasto, w którym czuję się bezkarna. Podejrzewam, że tu odczuwam to samo, co niektórzy na co dzień – na przykład M. i M., kiedy obrzucali się śniegiem podczas Wielkiejnocy, kiedy powiedziałam ojcu jednego z nich, że tak bardzo zazdroszczę im tej beztroski, której sama nie mam. Tutaj jest mi lekko, szybciej dochodzę do równowagi, jestem wewnętrznie spokojna mimo rozmaitych emocji, które muszę przepracowywać na bieżąco i w ilości hurtowej. Samo miasto dodaje mi pewności siebie – prześlizgujące się, neutralne choć akceptujące, spojrzenia Francuzów w metrze, rodzaj nonszalancji, przechodzący zapewne w arogancję, która doprowadzać mnie będzie za kilka tygodni do szału; poczucie, że skoro wszystko już jest, a jeśli nie ma, to było, zwalniające z odpowiedzialności za cały świat.
Jeszcze lub już nie czuję się niewygodnie bez tego poczucia, nie boję się jeszcze lub już tego, że właśnie dzięki pozbyciu się polsko-warszawskiego demona wszechobecnej odpowiedzialności mogę wreszcie zająć się sobą – sobą i tylko sobą, spróbować pracować wyłącznie na własny rachunek, troszczyć się wyłącznie o siebie. Jeśli pisać, to tu; jeśli rzucić wyzwanie własnemu losowi, to tu; jeśli rzucać się w przepaść i w trakcie lotu sprawdzić, czy mam spadochron, to właśnie tu. A jeśli mimo wszystkich moich działań okaże się, że to jednak nie ten czas na to miejsce, wtedy rozpocznę jeszcze inny etap – inny niż ten, który planowałam, ale summa summarum, choć prowadzący inną drogą do tego samego celu (czyż nie mówię o byciu szczęśliwą?), to ostatecznie z pewnością jednakowo pożyteczny, choć w sposób odmienny od wyobrażonego. Ale wyobrażone jest czymś innym niż realne – starą prawdę w nową szatę ubrał Lacan, dziecko wieku straconych złudzeń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz