Dziś udało mi się sfinalizować absolutnie ostatnią rzecz, która była potrzebna do "zwykłego" życia we Francji - konto bankowe. Po przebrnięciu przez stosy dokumentów (należy okazać m.in.: zaświadczenie o zarobkach od pracodawcy oraz zaświadczenie o zamieszkiwaniu jednego miejsca przez okres dłuższy niż trzy miesiące, poparte rachunkiem za wodę czy prąd) udało się. Żyję już normalnie, u siebie, zwyczajnie. Dnie mijają, podobne do siebie.
I jest mi z tym niewygodnie, już ruszyłabym się z miejsca, pojechała dalej (tym razem - o wiele dalej), ponownie decydując się na etap przetrwania, znajdowania, niepewności. Ucieczka to i uzależnienie od silnych emocji, żywienie się co prawda życiem prawdziwym, a nie wirtualnym, ale jednak nałóg. Nałóg adrenaliny, tej, co pozwala nie myśleć, zapominać, nie pracować systematycznie, nie przepracowywać wydarzeń na bieżąco. Inna sprawa - jest to smutne wrażenie, w którym upewniłam się podczas ostatniego weekendu, szampańsko spędzonego z przyjaciółką przede wszystkim na żartach i spacerach - to mój ambiwalentny stosunek do Paryża. Pisząc wprost, nie przepadam za nim, oto wniosek po kilku miesiącach pobytu. Paryż to miasto doskonałe do przebywania, nic-nie-robienia, kilkudniowej terapii, której świadkiem (oraz, przynajmniej częściowo, składnikiem) bywałam parę razy. Nie jest to jednak miasto do życia, przynajmniej - nie dla mnie.
Gdyby Warszawę pozbawić negatywnego aspektu tej gigantycznej energii, która w niej panuje! Niestety, nie jest to możliwe; nie pozostaje więc nic innego, jak szukać dalej. A na międzyczas zostaje poezja:
in time’s a noble mercy of proportion
with generosities beyond believing
(though flesh and blood accuse him of coercion
or mind and soul convict him of deceiving)
whose ways are neither reasoned nor unreasoned,
his wisdom cancels conflict and agreement
–saharas have their centuries,ten thousand
of which are smaller than a rose’s moment
there’s time for laughing and there time for crying–
for hoping for despair for peace for longing
–a time for growing and a time for dying:
a night for silence and a day for singing
but more than all(as all your more than eyes
tell me)there is a time for timelessness
//cummings
Ucieczka to stan umyslu, a nie czynnosc. Mozesz caly czas gnac przed siebie, a i tak czuc ten niekomfortowy ucisk. Po pewnym czasie pojawienie sie w nowym miejscu nie jest juz podszyte tym dreszczykiem emocji i oczekiwan. Mowie tak, bo sama tego wlasne doswiadczam. Orientacja w przestrzeni niebezpecznie sie poszerza i wszedzie czujesz sie dobrze i swojsko. Czujesz, ze caly swiat jest Twoj. Ale skoro swiat nalezy do Ciebie, to pozostaje tylko pytanie do kogo nalezysz Ty? Dobrze czuc sie gdzies potrzebna i oczekiwana. Dobrze jednak miec swoje stale miejsce, zapuscic korzenie. Wtedy czlowiek czuje wreszcie ten spokoj, ktory inni nazywaja chyba szczesliwym zyciem :)
OdpowiedzUsuń// ada