Jestem nacpana, co dzien juz od tygodnia narkotyzuje sie wiosennym Paryzem. Pamietam, jak wiele pisalam (a jeszcze wiecej myslalam) o niecheci do tego miasta - teraz zostala ona przykryta chlodnym swiatlem marca, wszechobecnym kamieniem oddajacym zimowe, i tak niewielkie, zimno, kwitnacym juz gdzieniegdzie bzem przy jednoczesnych dopiero co pojawiajacych sie pakach na drzewach.
Wiec spaceruje poznymi wieczorami, zwiedzam Luwr samotnie, po 21, i stoje naprzeciwko Rembrandta, a wokol nie ma zywej duszy. Potem pije lampke wina i milo odpowiadam na typowy tutaj podryw kelnera. Nastepnie ide bulwarem Saint-Germain, jest juz 22, a ksiegarnia nadal dziala; rozmawiam z jedna ze sprzedawczyn, ktora okazuje sie rowniez poetka - wymieniamy sie mailami, czytam moja pierwsza ksiazke po francusku, jest pieknie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz