Wiosna w Paryzu ukrywa sie pod pollution i godzinami szczytu. Sezonu nadsekwanskiego jeszcze nie otworzylam, bo na razie przemieszczam sie tylko z jednego miejsca pracy na drugie; lista rzeczy do zrobienia przed wyjazdem do Polski systematycznie sie skraca, stany paniki, podczas ktorych trzeba bylo szybko wysiadac z metra, minely. Moim marzeniem jest teraz spedzic sierpien w jakims malym miasteczku w polnocnych Wloszech, wynajac pokoj u podnoza Alp, oczywiscie pracowac, ale przede wszystkim spacerowac i czytac.
Wiosna w Paryzu jest powodem, dla ktorego warto mieszkac w tym miescie: juz miesiac temu swiatlo ponownie sie zmienilo, budynki inaczej odpowiadaja na jego wolanie. Miasto otwiera sie i staje bardziej dostepne wzrokowi, nieprzyjemne nie sa nawet te najmniej przyjemne okolice. Wiosna sprawia, ze Paryz mozna wziac z przymruzeniem oka.
Ale poza okolicami godziny siodmej czy osmej rano nie ma tu tej rzeskosci, ktorej skojarzenie utrwalio mi sie w zwiazku z wiosna w Warszawie. Jest tylko glosniej. To wlasnie wiosna podkresla brak potencjalu tego miasta, a potencjal Warszawy jako jej glowna ceche: nijak sie oczywiscie to ma do szans indywidualnych (tych, dla odmiany, az zbyt wiele). Warszawa, ta szara Warszawa, ktorej wspomnienie sprzed roku - polmetrowych zasp, sniezycy w wielka niedziele, niekonczacego sie oczekiwania - przyprawia o dreszcz, jest jednak szalenie podniecajaca i inspirujaca.
Nabokov musial pisac o Paryzu, Paryzu, ktory byl jeszcze 70 lat temu tym, czym Warszawa musi byc teraz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz