wtorek, 15 września 2015

le temps retrouvé

Po ponad roku czas najwyższy wrócić do pisania bloga. Zabawne, że przypomniałam sobie o jego istnieniu jakiś miesiąc temu - a w zasadzie przypomniała mi o nim O., która zapytała, czy wrócę do jego pisania. Wracam, bo nie warto pisać tego samego dziesiątki razy.

Mieszkanie, jakie przydarzyło mi się (bo trudno to nazwać "znalezieniem", prędzej "wpadnięciem" w moją orbitę) jest w zasadzie dużo lepsze, aniżeli się spodziewałam. Duże (jakieś 25 metrów), w dobrym stanie, choć skromne - i przede wszystkim, we wspaniałej okolicy, pełnej knajpek indyjskich, azjatyckich, graffiti, neonów, sklepów papierniczych. Na nic nie mogę narzekać.

I w zasadzie to właśnie pierwsze wrażenie po powrocie: nastawiałam się raczej na walkę z mało przyjemnymi Francuzami, zaczepne spojrzenia w metrze i ogólny trud powrotu. A tymczasem: w metrze razem z innymi pasażerami obserwuję psa o zdecydowanie bardziej optymistycznym od jego właścicielki nastawieniu do życia; zmieniam linię i siadam naprzeciwko młodej kobiety w hidżabie z krnąbrną trzy-, może czterolatką, która po prostu stoi, nie chce przytrzymywać się żadnego uchwytu i przygląda się po prostu nam wszystkim z chmurną miną, a tuż przed wyjściem przystaje przede mną i macha na pożegnanie; przy Collège de France zaczepia mnie jakaś pani po sześćdziesiątce, rozmawiamy kilkanaście minut i wymieniamy się numerami telefonu - okazuje się, że jest producentką telewizyjną, a w latach 70. pracowała w Beaubourg z Kantorem.

A ponadto: wita mnie pogoda z mojego raju (najbardziej sprawiedliwy świat po śmierci byłby, sądzę, solipsystyczny: czeka cię w nim dokładnie to, co, jak uważasz, tam zastaniesz) - dwadzieścia stopni, lekki wiatr, błękitne, gdzieniegdzie zachmurzone niebo. I boskie światło. Naprawdę, wyłącznie dla światła warto tu przyjechać.

Oto wszystkie małe cuda, które udowadniają, że karmy nie ojebiesz. Ani nie unikniesz. Na szczęście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz