Napisz o Paryżu w kontekście mitu miasta zakochanych, przedstaw to w kąśliwy sposób - pisze do mnie O. Dzień wcześniej dostaję żartobliwego maila z Krakowa: Pani Olgo, staje się pani coraz bardziej ironiczna. Muszę zacząć uważać, by ironia nie przerodziła się w cynizm i nie zrobiła przerzutów z mózgu na resztę organizmu (to po prostu znak, by przestać mieszkać samej i poszukać współlokatora, zamiast pogrążać się w desperackim pracoholizmie).
Zamiast o zakochanych (brrr!), będzie więc kilka akapitów o metrze. Czy czujesz największą bezsilność w metrze albo RER? Właśnie doszłam do wniosku, że część smutnego Paryża ma smak i dźwięk właśnie paryskiego metra, napisała do mnie A. i nie sposób się z nią nie zgodzić, szczególnie ostatnio. Miesiąc temu napisałabym przede wszyskim o neutralnej przestrzeni tego środka lokomocji, o nic-nie-mówiących wyrazach twarzy jego użytkowników; dziś jednak sądzę, że twarze te mówią wiele. Moim zdaniem wyrażają przede wszystkim otępiałą rezygnację - zupełnie inaczej niż w Warszawie, w której większość osób w metrze przybiera wyraz twarzy pod tytułem od.....cie się ode mnie wszyscy. Powinnam jednak zaznaczyć - ponownie - iż to naprawdę zależy od linii metra oraz odcinku drogi, które ono aktualnie przebywa. Od około 18.30 do 20 (tu dzień pracy rozpoczyna się później, około 9-10, i później się kończy - zazwyczaj w podanych przeze mnie godzinach) linię nr 1 okupują przede wszystkim panowie w garniturach oraz panie w ołówkowych spódnicach (opcjonalnie: z torebkami Louisa Vuittona). Jeżeli chcecie wybrać się na przejażdżkę metrem z ludźmi pachnącymi najlepszymi perfumami, na pewno świetnym wyborem są okolice Opery. Jednak linia numer 4, którą jeżdżę najczęściej, wydaje się być jedną z najmniej bezpiecznych i najbardziej kolorowych (bynajmniej nie o kolor skóry mi chodzi). Paryskie metro widziało już wszystko, a na podłodze każdego wagonu z pewnością gościła krew - tak częste są tu bójki. Na podłodze jednej z linii często zresztą gościł (przynajmniej jesienią) bezdomny bez nóg, który ślizgając się po powierzchni próbował zdobyć pieniądze od pasażerów.
Stacje metra są błogosławieństwem - szczególnie teraz, kiedy pogoda przestała traktować Paryż ulgowo, ciągle pada i wieje, wieje przeszywająco, nie da się myśleć przez tak gwałtowny wiatr, on wywiewa wszystko - przede wszystkim dla bezdomnych. Wobec czego, trzeba to powiedzieć, metro potwornie śmierdzi.
Tyle o, rzekłabym, trudnościach. Bo poza nimi paryskie metro jest cudownie logiczne, a Paryż staje się dzięki sieci równomiernie rozsianych po mieście stacjach idealnym miastem do gubienia się i chodzenia bez celu. Jak można się tu zgubić, skoro zawsze - prędzej czy później - trafimy na którąkolwiek z linii? Zapewne dzięki niemu to miasto wydaje mi się małe, podobne w rozmiarach do Warszawy, a przecież zupełnie tak nie jest.
Poniżej wrzucam moją mapkę metra - czerwone plamy to: miejsce, w którym mieszkam (Chateau Rouge), miejsca, w których pracuję (oba ulokowane są tuż przy Łuku); czarne okręgi to miejsca, w których mieszkałam dzięki uprzejmości znajomych; błękitne - moje ulubione obszary miasta; na żółto wreszcie zaznaczone jest Ecole Normale Superieure. Od którego moje myśli odbiegają coraz to dalej. Ale to inna historia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz