niedziela, 10 listopada 2013

Paryż mierzony zmysłami: Węch

Zmysł powonienia w Paryżu może zwariować. Bo z tym miastem jest trochę tak, jak z przyjaźnią z osobą cierpiącą na borderline - na początku nigdy nie wiesz, co dobrego lub złego spotka cię na kolejnej uliczce; później zaczynasz uczyć się konkretnych miejsc, newralgicznych punktów dzielnic i przygotowujesz się na najlepsze lub najgorsze, próbując zachować własną równowagę.

I znowu: zapachy miasta można opisywać liniami metra. Po pierwsze, istnieją linie posiadające wyjątkowy tylko sobie zapach - najlepszym tego przykładem jest linia metra nr 6 (Charles de Gaulle – Étoile - Nation). Po drugie, linie, które przejeżdżają przez główne atrakcje turystyczne oraz bogatsze dzielnice pełne są bardzo dobrze pachnących ludzi, czego przykładem może być linia numer 1 (jeżdżąca z La Défense, czyli biurowego obszaru Paryża, znajdującego się w trzeciej strefie, do Château de Vincennes, wokół którego zabudowania mieszkalne przypominają ponoć miasteczko Wilanów; ponoć, bo jeszcze tam nie byłam). Ale są również linie metra, tak jak linia 2 i 4, w której często znajdują się kloszardzi (którzy zasługują, swoją drogą, na zupełnie oddzielny tekst).

Podejrzewam również, że każda dzielnica ma swój zapach - a może to tylko jej atmosfera? W każdym razie, szesnastka (z Łukiem Triumfalnym i Wieżą Eiffela), w której większość mieszkańców to biali mieszczanie około czterdziestki oraz sporo starszych osób, wygląda i pachnie jak Paryż, który chcielibyśmy znać. Le Marais, najmodniejsza okolica miasta pełna jest cudownych miejsc, które roztaczają swoją woń kilkanaście metrów naprzód: począwszy od najbardziej znanego falafela w mieście, do którego zawijasy kolejki ciągną się przez kolejne uliczki, poprzez sklep z kosmetykami, których zapach można wybrać samemu, aż do lokalnych perfumerii.

Bo perfumy w Paryżu stanowią - znowu - oddzielny temat. Nawet w znanych nam dobrze perfumeriach, jak Douglas czy Sephora znaleźć można dosłownie dziesiątki zapachów więcej; na półkach stoją również dziecięce flakony firmowane przez Burberry, Diora i tym podobne marki. Najciekawsze jednak wydają się być te perfumerie lokalne, małe, wyglądające bardziej jak ekskluzywne delikatesy. Jeszcze nie odważyłam się tam wejść, czuję, że stanowią one wehikuł do wkroczenia w inną rzeczywistość.

Ale Paryż to również zapach jedzenia: dopiero kupionej świeżej bagietki lub pain chocolat; sera, którego woń rozchodzi się w innym pokoju, jeśli trzymasz go zbyt długo w lodówce; świeżo przyrządzanej co rano latte (błogosławieństwo kawiarki); specyficznej woni owoców morza, sprzedawanych na cośrodowych i cosobotnich targach, podczas przemierzania których nos musi przyzwyczaić się do specyfiki zapachu dopiero co przywiezionych małż, ostryg i krewetek.

Te wszystkie nakładki zapachowe na miasto każą mi jednak sądzić, że pod nimi znajduje się coś jeszcze, coś nieuchwytnego - może to zapach budulca kamienic, trochę piaskowca, trochę mniej szlachetnego materiału (jedna z historyczek sztuki czytająca tego bloga może mnie wyprowadzić z ewentualnego błędu)? Nie wiem, naprawdę nie wiem; im dłużej tu mieszkam, tym bardziej skomplikowane staje się to miasto. I... myślę sobie, że nie chciałabym w nim żyć naprawdę wiele lat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz