poniedziałek, 13 stycznia 2014

Paryż ironiczno-anegdotyczny

Ostatnio przypominają mi się pewne drobne szczegóły z całego pobytu w Paryżu, które warto zebrać w całość. Stanie się ona co prawda nieprawdopodobna, gdyby nie fakt, że ilość absurdu w moim zyciu z pewnością dałoby się ubrać w stałą o ładnej nazwie i tajemniczym symbolu, choć A. nazywa to po prostu "nieprzypadkowymi przypadkami". Całkiem słusznie.

Takim przypadkiem był na przykład pierwszy wrześniowy czwartek, piąty dzień mojego samotnego pobytu tutaj - poszłam na drinka z kilkoma nowo poznanymi osobami, siedzieliśmy na tarasie kawiarni na końcu Musee de la Architecture przy Trocadéro; wychodząc poczułam coś lepkiego na głowie i sukience, tak, zgadliście, naprzeciwko Wieży Eiffela, z odległości kilkuset metrów to właśnie mnie - zamiast co najmniej kilkudziesięciu osób - obrał sobie za cel jakiś ptaszor (których i tak jest tu mniej niż szczurów, stanowiących ponoć trzykrotność mieszkańców jakże pięknego miasta nad Sekwaną). 

Całe poszukiwanie miejsca do życia, jak już wspominałam, stanowi jedną anegdotę, bardziej jednak smutną niż zabawną; fakt jest jednak faktem - właścicielami mojego mieszkaniopokoju są buddyści, usilnie próbujący pozyskać moją duszę dla na rzecz ich bractwa, śpiewającego co niedzielę mantrę naaaah-moo-renghekyo (byłam, widziałam, uczestniczyłam). Przez ostatni miesiąc nieco się wycofali, zapewne z powodu mojej wyjątkowej asertywności i kolejnego odrzucania coraz to nowych zaproszeń (oraz przerwy świątecznej). Dziś jednak, gdy poprosiłam o drobną naprawę u siebie, nieopatrznie pochwaliłam się uprawianiem joggingu, co ochoczo podjął właściciel. Myślę, że w ramach podnoszenia stopnia swojej asertywności po prostu ucieknę mu podczas biegania i wymówię się swoją doskonałą kondycją.

Ranking moich anegdot wygrywa jednak - jak się okazało - niedoszły podryw w kinowej toalecie, notabene po koszmarnym moim zdaniem filmie Małgośki Sz. Będąc następną w kolejce zaczęłam rozmawiać z moją sąsiadką z rzędu - bardzo ładną, uroczo stereotypową Francuzką, która stwierdziła, że film "W imię" bardzo ją dotknął (-10 punktów do atrakcyjności); moja opinia wypowiadana łamanym francuskim interesowała ją, a z niej przeszła na temat mojej osoby i... już prawie wręczyłam jej swoją wizytówkę, gdyby nie to, że: a. była to toaleta, b. nie mówię po francusku, c. jestem tu z byłą dziewczyną, d. to wszystko wydaje mi się odrobinę śmieszne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz