I oto zaczął się trzeci etap mojego pobytu w Paryżu - ten najtrudniejszy, bo bezterminowy. Pobyt w Warszawie był fantastyczny i zdaję sobie sprawę, że wyglądał właśnie w ten sposób z powodu mojego zakotwiczenia we Francji: umiejętność utworzenia życia od podstaw dała pewność samej siebie, odległość daje sporo dystansu oraz wiedzę, z kim i dlaczego chcę utrzymywać kontakt (i czy te same osoby chcą utrzymywać kontakt ze mną); tym ważniejsza wtedy staje się intensywność wymiany emocji, idei i myśli. Spotkania pojedyncze i grupowe, odbyte jak i te niezaistniałe, w miejscach starych i nowych - wszystko pozwoliło stanąć z boku paryskiego życia i umieścić samą siebie w narracji ostatnich kilku miesięcy, zmierzyć zyski i straty, ocenić przyszłość.
Następny przystanek znajduje się za oceanem. Z Paryża jest do niego bliżej, więc - o ile okoliczności będą sprzyjające - powinnam tu zostać (z czego bardzo cieszy się mój szef). Tęsknota jednak za tymi, którzy czytają te słowa, już doskwiera, a po wyjeździe przyjaciół będzie doskwierać przez jakiś czas jeszcze bardziej. Nowy rok przyniósł nowe znajomości, entuzjazm walczy ze strachem, a efektem ogólnego zamieszania ostatnich dni jest szczególny rodzaj niepokoju. Nie mogę odnaleźć się na ulicach Paryża, znam to miasto całkiem nieźle, a pozapominałam w tydzień "swoje" ścieżki, z przebywającymi tu M. i K. zgubiłam drogę do jednego z ulubionych miejsc; trudno powiedzieć, bym tu istniała, bo moja głowa jest zupełnie gdzie indziej. I sama chciałabym wiedzieć gdzie, choć może po prostu to etap przyzwyczajania się do myśli, że to-chyba-już-jest-mój-dom, chociaż nie przynależę ani do Warszawy (juz), ani do Paryża (i to się raczej nie stanie). Pole walki znacznie się poszerzyło, ale nie widzę jego horyzontu - ten wymarzony majaczy za mgłą, bo trudno w niego uwierzyć, na razie trzeba robić swoje.
A tymczasem, w ramach prób bycia tu i teraz przyglądam się dłoniom obcych ludzi, siedzących obok mnie w muzeach; zagaduję innych, którzy wydają się być w porządku; nabieram swoistej bezczelności w nawiązywaniu kontaktu z tymi, których mam ochotę poznać. Czasu jest tak mało.
Następny przystanek znajduje się za oceanem. Z Paryża jest do niego bliżej, więc - o ile okoliczności będą sprzyjające - powinnam tu zostać (z czego bardzo cieszy się mój szef). Tęsknota jednak za tymi, którzy czytają te słowa, już doskwiera, a po wyjeździe przyjaciół będzie doskwierać przez jakiś czas jeszcze bardziej. Nowy rok przyniósł nowe znajomości, entuzjazm walczy ze strachem, a efektem ogólnego zamieszania ostatnich dni jest szczególny rodzaj niepokoju. Nie mogę odnaleźć się na ulicach Paryża, znam to miasto całkiem nieźle, a pozapominałam w tydzień "swoje" ścieżki, z przebywającymi tu M. i K. zgubiłam drogę do jednego z ulubionych miejsc; trudno powiedzieć, bym tu istniała, bo moja głowa jest zupełnie gdzie indziej. I sama chciałabym wiedzieć gdzie, choć może po prostu to etap przyzwyczajania się do myśli, że to-chyba-już-jest-mój-dom, chociaż nie przynależę ani do Warszawy (juz), ani do Paryża (i to się raczej nie stanie). Pole walki znacznie się poszerzyło, ale nie widzę jego horyzontu - ten wymarzony majaczy za mgłą, bo trudno w niego uwierzyć, na razie trzeba robić swoje.
A tymczasem, w ramach prób bycia tu i teraz przyglądam się dłoniom obcych ludzi, siedzących obok mnie w muzeach; zagaduję innych, którzy wydają się być w porządku; nabieram swoistej bezczelności w nawiązywaniu kontaktu z tymi, których mam ochotę poznać. Czasu jest tak mało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz