Od 1 czerwca znowu rozpoczne wloczege po czyichs mieszkaniach, tym razem na okolo dwa tygodnie. Moja dotychczasowa przestrzen zyciowa zaczela robic sobie we mnie przestrzen dla depresji, wiec czym predzej musze stad uciec. Wczoraj musialam wpasc na herbatke informacyjna do wlascicieli. Trzymalam sie dzielnie do momentu, w ktorym pieprzony buddysta (co za przyklad na to, jak mozna komus obrzydzic najblizsza dotad filozofie!) zaczal rozwodzic sie nad tym, jak to ukrainska rewolucje sponsoruja Amerykanie, tak samo, jak wczesniej sponsorowali te w Libii, Syrii i jeszcze kilku innych miejscach. Dodal jeszcze, caly napuszony, ze za kazdym razem, gdy sie modli swoim naaaah-mo-reeenge-khoo, modli sie o jak najdluzsze zycie Wladimira Putina.
Niestety nie wystarczylo mi milosierdzia na tyle, by nie pomyslec o nim zle.
Nie dziwnym jest wiec, ze gdy od nich wyszlam, poczulam ogromna ulge. Mimo wizji tulania sie i wielkiego znaku zapytania, jakim jest czas od wrzesnia (sierpien spedzam w Polsce, jesli ktos mialby pokoj do odstapienia...), jestem tym mniej przestraszona niz bylam tuz po powrocie. Wpadanie w paryski brud i zanieczyszczenie powietrza boli bardziej, niz polska negatywna energia.
Kierunki studiow do aplikacji za rok juz wybrane, od poniedzialku zaczynam miesieczny kurs francuskiego (wreszcie!). W ciagu najblizszych 12 miesiecy musze tylko: pracowac na pelen etat, doprowadzic do perfekcji dwa jezyki, napisac prace o Derridzie i zdac egzaminy, pisac, zyc. Musi sie jednak udac, nie ma wyjscia. Szczegolnie, ze ludzie, jakich ostatnio poznaje, sa (az boje sie to napisac!) dosc fantastyczni.
Niemniej jednak, wizyty w Paryzu w lipcu mile widziane!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz