Jeśli rzucać wszystko, to dla Paryża. A konkretniej: dla doświadczenia tego miasta swoimi zmysłami.
Nie radzę jednak go "doświadczać" niedzielnymi porankami (no, chyba, że jest to doświadczanie podczas powrotu po całonocnej imprezie, kiedy zmysły uległy przytępieniu już kilka godzin wcześniej). Ilość nieprzyjemnych zapachów, których jest pełno zarówno na głównych traktach miasta - na przykład Quais bezpośrednio nad Sekwaną czy placu przy Les Halles - jak i na mniejszych, pobocznych uliczkach może przywodzić na myśl rozważania, jak potwornie musiały cuchnąć metropolie jeszcze 150 lat temu. W niedzielne poranki nawet w centrum Paryża (jeśli centrum nazwiemy Ier arrondissement) trudno o napotkanie kogokolwiek; jedyne, co może wtedy powitać niepoważnego wędrowca, to promienie słońca lub strugi nagłego deszczu.
Jeszcze inaczej doświadcza się paryskiego metra, nie wspominając nawet o RER-ach; poczucie wszechobecnej lepkości, atmosfery przypominającej stęchły kisiel, przezroczystą zawiesinę, jest trudny do wyrażenia słowami. Wynika to zapewne stąd, że atmosfera ta - jakiegoś rodzaju brudu, jakiegoś rodzaju zaduchu i czegoś jeszcze, czegoś nieuchwytnego - odbierana zostaje wszelkimi zmysłami, paraliżując je na kilka-kilkanaście minut pobytu w danym środku lokomocji.
To otępienie, oferowane przez RATP (francuski odpowiednik ZTM-u; czy wspominałam już, że Francuzi uwielbiają wszelkie możliwe skrótowce?) wynagradza niekiedy miasto. Zachowuje się ono czasami jak ktoś, na kim nam zależy, a kto nie zwykł dbać o kontakt z nami; samo daje o sobie znać, macha przyjaźnie, a nawet obiecuje dotrzymać nam towarzystwa na spacerze, stając się towarzyszem najzabawniejszym i najbardziej wartościowym, na jakiego moglibyśmy liczyć. Ale przecież wiemy, że to miasto nie jest nasze i wyświadcza nam raczej uprzejmość; że im bardziej chcemy je mieć dla siebie, tym bardziej będzie ono wszystkich (gdybym stylizowała metafory proustowsko, powinno się tu znaleźć powrównanie do niewiernej kobiety).
"to miasto nie jest nasze i wyświadcza nam raczej uprzejmość; że im bardziej chcemy je mieć dla siebie, tym bardziej będzie ono wszystkich (gdybym stylizowała metafory proustowsko, powinno się tu znaleźć porównanie do niewiernej kobiety)."
OdpowiedzUsuńAlbo, a la Benjamin, do prostytutki.