wtorek, 10 września 2013

Drugi moment przerażenia

Przez te wszystkie kanały komunikacji, konta, esemesy, wycieka nam dusza - mówi Masłowska w wywiadzie-rzece, którą obecnie promują media, i nie mogę się z tym nie zgodzić. Ostatnio doświadczam tego na własnej skórze, spędzając wiele czasu na FB, czatując i pisząc długie wiadomości/maile z przyjaciółmi czy dobrymi znajomymi, dowiadując się o środowiskowych plotkach, wakacyjnych planach ludzi, którzy właściwie nie są dla mnie interesujący. A jednak lajkuję ich statusy zamiast spacerować nad Sekwaną, opracowywać kolejne fantastyczne zabawy dla moich podopiecznych (jeśli sądzicie, że opieka nad dziećmi - szczególnie bystrymi i o silnej osobowości - to łatwe zadanie, jesteście w błędzie), intensywnie uczyć się francuskiego i angielskiego. Dlaczego? Wirtualna rzeczywistość daje złudne poczucie bezpieczeństwa, jesteś "u siebie" na znajomych stronach, czytając znajome nienawistne komentarze, przyglądając się znajomym sprzeczkom i żartom. W ostatnim czasie odczuwam duże zmęczenie - pierwsza dawka adrenaliny, ta gwarantująca przetrwanie, właśnie się wyczerpała. Za około tydzień pojawi sie kolejna - gdy już trzeba będzie zdecydować, że naprawdę nie wracam do Polski minimum do końca bieżącego roku kalendarzowego, skazując się jeszcze na miesiąc koczowania oraz permanentnej niepewności. 

Powyższy akapit brzmi zapewne niepokojąco, ale ta sytuacja daje również wiele plusów. Zaczynają się odblokowywać we mnie słowa, splot słoneczny daje o sobie znać - pojawiają się wreszcie myśli, warte ujęcia w słowa, mało tego, mimo standardowej emocjonalności coraz częściej w międzywierszach pojawia się również lekkość. Chyba to, czego nie widać w ogóle, zawsze stanowi największy plus dobrowolnych tułaczek. 

Kolejny aspekt mojej włóczęgi: poznaję najzwyklejszy z możliwych Paryż, Paryż dzielnicy jedenastej, dwunastej, dwudziestej, nie - pierwszej, siódmej czy piątej. Niecentralne uliczki miasta, które tylko trochę jest w tych miejscach ładniejsze od Warszawy, na których wieczorami wystają miejscowi emigranci, których kultura przyzwyczaiła właśnie do bezpośrednich form kontaktu, a nie tych wysublimowanych, jak ten informacyjno-egzystencjalny blog, jaki prowadzę tak dla Was - przyjaciół - jak i dla siebie. Ten zwykły Paryż pozwala się nie wściec na potencjał tego miasta i jego mieszkańców, którzy mogliby wszystko, gdyby tylko im się chciało. Na razie odczuwam marazm wśród ludzi, wywołany dziwnym rodzajem rozleniwienia. A przecież to marazm męczył mnie w Warszawie. Okazuje się, że to albo cecha uniwersalna, albo tylko ("tylko") mój własny demon. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz