Drugi moment przerażenia minął, pojawił się drugi moment euforii, który musiał zostać zmiażdżony przez rzeczywistość. Na moje szczęście rzeczywistość lubi mnie na tyle, by raczej dać motywującego kopniaka, aniżeli rozkwasić swoim butem na paryskim chodniku - polski telefon ukradziono mi w dniu, w którym kierowana niezrozumiałym imperatywem przeciągnęłam odwiedzającą mnie A. przez dość potworne centrum handlowe, znajdujące się pod Paryżem ("pod" w sensie dosłownym, dokładnie między Châtelet a Hôtel de Ville - doprawdy brzydkie są te bebechy). Z perspektywy wieczoru ta intuicja stała się już oczywistą - tak samo, jak przepisanie najważniejszych numerów telefonów. Pękła jednak pozorna bańka bezpieczeństwa, dzięki której spacery po dzielnicach brzydkich, po fragmentach dzielnic stosunkowo niemiłych nie są obwarowane żadnym niepokojem, kolejne złudzenie rozwiało się w i tak względnie delikatny sposób.
Kolejny prztyczek w nos to nagły brak noclegu na ostatniej paryskiej prostej, może to i dobrze; ostatnio wszystko szło w kierunku takim, jakby moja myśl miała moc sprawczą (Chcesz porozmawiać z kimś mądrym? Proszę bardzo; Chcesz nauczyć się gotować (jeszcze) lepiej? - Dostaniesz taką możliwość). To zresztą przekłada się na pomysły, zaczynają się budzić słowa, zaczynają się pojawiać punkty wyjścia - pytania, na jakie odpowiedź chcę spróbować znaleźć poprzez wgłębienie się w jakiś temat.
A tymczasem tęsknię za jesienią warszawską, za jesienią nieco mniej rześką niż tutejsza. Za wrześniem mniej smutnym w wyrazie, niż ten tutaj (szarego nieba nie ocieplają piękne budynki, ani z wewnątrz, ani z zewnątrz, a deszcz sprawia wrażenie, jakby docierał w najmniejsze nawet uliczki), a może po prostu za tym, czego nie ma jeszcze (października, czyli pierwszych urodzin w, bądź co bądź, zupełnej samotności, połączonych z początkiem trzeciego miesiąca pobytu tutaj) lub już.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz